Jeden gest. „Kariera Artura Ui” Bertolta Brechta, reż. Remigiusz Brzyk, Teatr im … – Onet.pl

No dobrze, to jest dramat z tezą, Brecht pisał go w roku 1941, podrzędny gangster z Chicago uosabia potwora zupełnie innej proweniencji, trustu kalafiorowego też oczywiście nie można traktować dosłownie. Niektóre utwory autora „Opery za trzy grosze” zestarzały się niemiłosiernie, unoszący się nad nimi odór ideologii stał się już trudny do wytrzymania, do tego jeszcze te dydaktyczne naleciałości. Uwagi te nie dotyczą jednak „Kariery Artura Ui”. Pisano zwykle, że to dzieło satyryczne, ale dziś widać, że jego skala przekracza gatunki. Rzecz jest fantastycznie napisana, ze świetnie skonstruowaną nie tylko główną rolą, ale i pobocznymi. Ma w sobie rozmach wielkiego widowiska, absurdem byłoby dusić „Karierę…” w małej przestrzeni w kameralnym przedstawieniu. Akurat ten tekst Brechta ma w sobie operowy oddech, możliwy do poczucia tylko w teatrze pełną gębą. Przed laty w stronę opery poszedł wielki Heiner Müller, inscenizując utwór w Berliner Ensemble. Spektakl szybko stał się legendą, grany był długo po śmierci reżysera. W Berlinie wciąż wspomina się amatorów, stających przed kasami z tabliczką „kupię bilet za każdą cenę”.

Tamtą „Karierę Artura Ui” oglądałem przed laty w tym samym Teatrze Słowackiego. Tytułowego bohatera grał genialnie Martin Wuttke. W prologu – na czworakach i z wywieszonym jęzorem – jak pies długimi susami przemierzał scenę. Obwąchiwał i znaczył swój rewir, miejsce niepodzielnego panowania. To był i ciągle jest punkt odniesienia dla teatru. Nie wiem, czy ważny dla polskich twórców, w końcu gościnny występ Berliner Ensemble widziało niewielu. Faktem jest jednak, że „Kariera Artura Ui” ciągle kojarzy się u nas ze słynnym przedstawieniem Erwina Axera z warszawskiego Teatru Współczesnego i jeszcze bardziej słynną rolą Tadeusza Łomnickiego. Był rok 1962, więc znamy jedynie utrwalony na taśmie filmowej fragment tamtego spektaklu. A jednak obchodzimy sztukę Brechta szerokim łukiem. Pamiętam, że dziewiętnaście lat temu widziałem ją nieopodal w Starym Teatrze. Reżyserował Tadeusz Bradecki, grał Krzysztof Globisz. Bez sukcesu.

Obecna wersja Remigiusza Brzyka to inna rozmowa. Spektakl atrakcyjny, zrealizowany z szacunkiem dla oryginału, ale nie na kolanach wobec autora. Teatr właściwej skali, teatr serio. No i – jako się rzekło – zabójczo aktualny.

Arturo Ui Michała Majnicza z początku wygląda niegroźnie. Niezdarnie stawia kroki, wydaje ledwo artykułowane dźwięki, jakby dopiero uczył się mówić. Ma w sobie dziwny spokój, sprawia wrażenie, jakby nie rozumiał otaczającej go rzeczywistości. Lęk? To ostatnie, co wywołuje. Raczej skojarzenie z dużym, zbyt powolnym dzieckiem. Nic bardziej mylnego, bo Ui z krakowskiego spektaklu przechodzi przyspieszony kurs samoświadomości. Jowialność szybko staje się tylko przykrywką, Majnicz gra gangstera podobnego do nas, pana Nikt, szybko wybijającego się na niezależność. W scenie ze Starym Aktorem (zapadający w pamięć epizod Andrzeja Grabowskiego) już nie ukrywa swego okrucieństwa. Mały gest wystarczy do okazania władzy nad przez siebie samego mianowanym mentorem. Z gestu rodzi się władza Artura Ui. Faszystowskie pozdrowienie oznacza w przedstawieniu Remigiusza Brzyka i faszystowskie pozdrowienie, ale też znacznie więcej. Narodziny przemocy, urastającej do miana jedynego kodu porządkującego świat. W wybitnej roli Michała Majnicza mieści się banalność zła i jego przerażająca powtarzalność. Majnicz ma w sobie butę dzisiejszych drobnych gangsterów, ale i spryt pozwalający wspinać się po szczeblach kariery. Z czasem jego władza staje się czymś oczywistym, a on sam już nie budzi politowania, a tylko czystą grozę. Wyjątkowa kreacja.

Ui Majnicza nie ma rzeczywistego odpowiednika. Remigiusz Brzyk nie robi na szczęście spektaklu o współczesnym – dajmy na to – polityku, nie szuka analogii do tego, co za oknami, choć te narzucają się same. Jego „Kariera Artura Ui” wyrzeka się pokazywania rzeczywistości w skali jeden do jednego. To jest teatr iluzji, a nie dosłowności – ktoś nosi złocisty kostium, inni pojawiają się na scenie w białych maskach. Formalne zabiegi odbierają otoczeniu gangstera realistyczne kostiumy, czyniąc z Romy, Givoli i Giriego dziwaczną menażerię podobnych do ludzi cyngli. Inna sprawa, że Marcin Sianko, Rafał Dziwisz i Daniel Malchar grają te role fantastycznie, w jednej chwili potrafią wzbudzić i śmiech i przerażenie. W Teatrze Słowackiego brzmią zresztą mocno nawet epizody – choćby Dominiki Bednarczyk, Katarzyny Zawiślak-Dolny, Grzegorza Łukawskiego, Wojciecha Skibińskiego.

Znajdziemy tu gry ze stereotypem współczesności (warto sprawdzić, jak wygląda u Brzyka zabawa przy grillu), ale bardziej istotne jest, że dodatkowym bohaterem krakowskiej „Kariery Artura Ui” staje się sam teatr – Teatr im. Juliusza Słowackiego. W krótkim, rozgrywanym po przerwie epilogu Ui ze świtą pojawia się w Loży Cesarskiej, gdzie niegdyś zasiadał gubernator Hans Frank i jego ludzie. Odbywają się wybory, Ui występuje z finałową przemową. Spektakl pochłania teatr, żywi się miejscem, gdzie powstaje. Zamyka przed nami drzwi do zewnętrznego świata, samemu stając się punktem odniesienia. Zasysa nas, sprawiając, że los niejakiego Artura Ui staje się również naszą sprawą.

 Foto: Materiały prasowe