Śmiech narodowy. „Ułani” Jarosława Marka Rymkiewicza, reż. Piotr Cieplak … – Onet.pl

Nie można również zlekceważyć jego eseistyki, gdyż „Kinderszenen”, wspomniane „Wieszanie”, a także „Samuel Zborowski” każą traktować Rymkiewicza jako myśliciela najpotężniejszej kategorii, kogoś niepokornego i prowokującego, zawsze chadzającego własnymi ścieżkami. Dlatego dobrze, że o dramatycznej twórczości przypomina sobie teatr. A dokładniej mówiąc – Piotr Cieplak.

W ubiegłym sezonie wystawił on w Teatrze Śląskim w Katowicach „Porwanie Europy”, zbierając przychylne recenzje. Prawdziwym nowym odkryciem scenicznego Rymkiewicza są jednak „Ułani” w Narodowym. Szalona komedia, chwilami przechodząca w farsę, czasem rozkosznie obsceniczna, a przy tym na wskroś poetycka. Krzywe zwierciadło dla naszej odwiecznej pozy, kpina z Polski jako „mesjasza narodów”, żartobliwa, ale podszyta poważniejszymi podtekstami polemika z największymi – Mickiewiczem, Fredrą, Wyspiańskim.

Dworek jak dworek, bardzo, ale to bardzo polski. Doglądana przez Ciotunię (Anna Seniuk) Zosia (Dominika Kluźniak) oczekuje na kawalera, który da jej potomka. Ma to być mężczyzna, bowiem czekamy na narodziny nowego polskiego mesjasza. Najlepszą partią byłby oczywiście krewki ułan, ale kandydat – niejaki Lubomir (Hubert Paszkiewicz) – nie zdradza większych chęci. Woli pisać dziwaczne wiersze o żabobocianie i w ogóle można podejrzewać o całkiem inne skłonności. W tej sytuacji wyjściem może okazać się prostacki ordynans Jan (Arkadiusz Janiczek) albo na wskroś męski Graf (Jerzy Radziwiłowicz), feldmarszał armii austriackiej. Wszystkiemu sekunduje zza grobu Widmo jak z „Dziadów”, za to stylizowane na księcia Stanisława Augusta Poniatowskiego (Mariusz Benoit). Rymkiewicz, a za nim Cieplak, rozkręcają szaloną zabawę narodowymi motywami, ale na koniec wieszczą katastrofę, przywodzącą chocholi taniec z „Wesela”.

„Ułani” stają się czymś znacznie więcej niż tylko repertuarową osobliwością. Są odkryciem dzieła niby niepozornego, a znakomitego. Aby się o tym przekonać, trzeba jednak reżyserskiej inwencji Piotra Cieplaka i zespołu Teatru Narodowego. Nawet odrobinę słabsi aktorzy, grający „Ułanów” pół poziomu niżej, zamieniliby sztukę w niezbyt zabawną i mało urokliwą karykaturę.

Cieplak wraz ze swym scenografem Andrzejem Witkowskim zamienili Scenę przy Wierzbowej oraz teatralne foyer w Muzeum Wszech-Ułaństwa Polskiego. Oprowadzają po nim Ania (Paulina Korthals) i Frania (Anna Ułas), pokojówki, ubrane całkiem współcześnie, ale czasem przypominają sobie o założeniu na głowy wianków. Muzealne eksponaty, nawet multimedialne, możemy oglądać z bliska w przerwach, racząc się przy tym bardzo swojskim bigosem. Jednak w Narodowym nie kończy się na nieokiełznanej zabawie. Cieplak tworzy wykrzywione ostrzem satyry laboratorium polskich postaw i póz. Z radością podejmuje literackie tropy akcentowane przez Rymkiewicza, bo daje mu to okazję do mieszania teatralnych konwencji i gatunków. Przedstawienie jest upiornie zabawne, niektóre sceny i frazy publiczność na gorąco kwituje oklaskami na gorąco. W finale jednak – innym niż w oryginale – śmiech więźnie w gardle. Wszystko kończy się w jednym mgnieniu zastygnięciem świata, stuporem, z którego trudno się wyzwolić.

„Ułani” to prawdziwe zwycięstwo zespołu Teatru Narodowego, dotychczas nienawykłego do rzeczy o podobnej proweniencji. To dramat szalenie trudny, bo nie dość, że pisany ośmiozgłoskowcem, to jeszcze pełen neologizmów, mocno zrytmizowany. Wspaniale dysponowani artyści z narodowej sceny wchodzą jednak weń z widoczną radością. Trzeba zobaczyć jowialną Ciocię Anny Seniuk, Dominikę Kluźniak efektownie zrywającą ze stereotypem niewinnej panienki, Jana Arkadiusza Janiczka, z którego nagle wyłazi bezwzględność Mrożkowego Edka z „Tanga”. Piotr Grabowski daje soczystą karykaturę mocnego wojaka, młody Hubert Paszkiewicz wygrywa dwuznaczności swego Lubomira, Mariusz Benoit bawi się wizerunkiem romantycznej zjawy, Anna Ułas i Paulina Korthals znajdują sobie miejsce na pograniczu teatralnej iluzji i naszego świata, bo nienachalnie, za to z wdziękiem podkreślają dystans do scenicznych zdarzeń. Prawdziwy komediowy tour de force daje Jerzy Radziwiłowicz, gdyż jego Graf jest i z Fredry i ze Słowackiego. A przy tym wielki aktor wyraźnie cieszy się innym niż zazwyczaj zadaniem, tkając je z efektownych drobiazgów, nitka po nitce.

Fantastyczne przedstawienie. Sezon już za półmetkiem, na razie Piotr Cieplak z niedawnym, również zrealizowanym w Narodowym „Elementarzem” Klickiej, a teraz z „Ułanami” wydaje mi się jego największym zwycięzcą.